Było to bardzo dawno temu. Daleko, daleko stąd, żyła sobie pewna rodzina. Mieli oni jednego syna, którego zwano Michaś. Michaś pragnął czegoś lepszego w życiu, co dałoby mu zadowolenie. I taki sobie plan umyślił, żeby iść w świat, gdzie go oczy zaprowadzą. Tak też uczynił. Jednego dnia pożegnał się z rodzicami, mówiąc:
− O ile będę miał się dobrze, to wrócę i odwdzięczę się wam za wychowanie.
I poszedł w świat młody wędrowiec. Idzie, idzie, pewno szedł już tak ze trzy lata, kiedy sprzykrzyła mu się ta tułaczka. Pomyślał, że w życiu nic mu się nie poprawia − ciągle głód, chłód i nie ma miejsca do spania. Właściwie, to nie pamiętał już nawet ani skąd dokładnie przyszedł, ani po co dalej idzie… I taka wielka tęsknota ogarnęła go za domem rodzinnym, że chciał natychmiast wracać. Nie mógł sobie jednak przypomnieć, z której strony świata wędruje. Pytał napotkanych ludzi o drogę do domu − wszyscy jednakowo odpowiadali, że jak długo żyją, tak nie słyszeli o jego stronach.
Chłopiec był tak zrozpaczony, że postanowił sobie życia przykrócić! Stanął nad brzegiem głębokiego jeziora, już miał skoczyć i życie sobie odebrać, kiedy nagle przyfrunęły trzy łabędzie, zamieniły się w trzy piękne postacie damskie i poczęły się rozbierać. Dziewczyny wskoczyły do wody, a Michaś zastygł w zdziwieniu. To coś niezwykłego, łabędzie przyfrunęły, a teraz zamiast nich są piękne panienki! Niewiele myśląc, podbiegł do ubrań jednej z nich i je zabrał. Tymczasem dwie pozostałe dziewczyny ubrały się, zamieniły na powrót w łabędzie i odleciały. Ta, co została zupełnie naga, zaczęła prosić, błagać Michasia, by jej ubiór oddał, bo nie jest zależna od siebie, bo jest też, tak jak tamte dwie, na rozkazy. Nie może się spóźnić, bo sroga ją pokuta czeka.
Żal się zrobiło chłopakowi młodej i ładnej dziewicy, ale że sam był w trudnej sytuacji, powiedział:
− Oddam ci, piękna dziewczyno, twe ubrania, ale pod warunkiem, że wskażesz mi drogę do mojego domu. Ciężko mi tego od ciebie żądać, ale czego się nie robi dla wybawienia!
− No dobrze. Oddaj mi ubranie, a potem pójdziemy do mojego domu. Inaczej nie zamienię się znów w człowieka, a jako ptak nic ci nie pomogę, bo to ni siły, ni rozumu dobrego, ni spostrzegawczości.
Rad nierad poszedł tuż za nią, aż doszli do chaty zaczarowanej dziewczyny. Kiedy weszli do środka, kazała mu się natychmiast schować i siedzieć cicho w kryjówce.
Naraz przyleciał jej ojciec, diabeł; wpadł jak szalony, bo mu się z pokusami nie powiodło. Zły był, wręcz wściekły, że aż oddech na moment wstrzymał, potem wrzasnął, aż się chałupa zatrzęsła:
− Coś tu przyniosła, kogoś tu ukryła, gadaj zaraz! Czuję mięso świeże i to jeszcze ochrzczone! Mów mi prędko, bo inaczej pokroję cię razem z nim i zasolę w beczce!
Drżąca cała i onieśmielona wybuchem opowiedziała mu całą prawdę: jak to się kąpała, jak on jej schwycił ubranie, a teraz w nagrodę chce, by mu do domu wskazać drogę.
− Aha, taki to zuch! Niech no wyjdzie, niech się pokaże, jak taki odważny. Jeśli spełni trzy warunki moje, to mu pomożesz odnaleźć drogę do domu, a jak nie, to oboje was pokroję i zasolę w beczce!
Wyszedł więc biedny wędrowny Michaś i wysłuchał rozkazów diabła. Ten zaś nakazał mu iść do jeziora, gdzie jego córka się kąpała, wypić wszystką wodę, zaorać ziemię, posiać ziarno, zebrać plon, zemleć żyto na mąkę, z całej upiec placek i przynieść go diabłu. I tego wszystkiego miał Michaś tej oto jednej nocy dokonać!
Michaś zbladł przerażony, nie wiedząc, jak sobie poradzić z trudnym zadaniem w tak krótkim czasie. Ale zrozpaczony poszedł nad jezioro. Kiedy myślał tak i myślał, nadleciała łabędzica, zagrała na trąbce, a wnet pozlatywały się duże diabły i małe diabełki. Rozkazała im to samo, co wcześniej jej ojciec Michasiowi. Nie minął wschód, a tu woda już wypita, zboże zasiane, ścięte, zmielone, placek upieczony. A taki był duży, że z dziesięć razy większy od Michała. Dziewczyna-łabędź dała więc chłopcu kropli silnych, po których stał się mocny tak, że podniósł placek i zaniósł go staremu diabłu. Bies wielce się zdziwił niezwykłą mocą młodzieńca. W mig połknął cały placek, po czym podał mu drugi warunek:
− Chłopcze! Placek upiekłeś, zjadłem, smakował mi. Po jedzeniu bardzo chce mi się pić − przynieś mi wody i to tak dużo, żebym się dobrze napił. Zabij największego woła i napełnij całą jego skórę wodą.
Chłopiec znów się zmartwił, choć nie tak bardzo jak poprzednio − spodziewał się bowiem pomocy diablej córy. I tak się stało: wół został zabity i napełniony wodą, a Michaś napojony kroplami zaniósł ten ciężar do starego.
Połapał się diabeł, czyja to sprawka i rzekł:
− Nie, chłopcze, ty sam tego nie zrobiłeś, to moja litościwa córka ci pomogła! Dam ja jej litość, że mnie popamięta przy następnym zadaniu!
Ale i córka myśli ojca odgadła, w nocy ubrała się, po Michała przyszła obiecując wyzwolenie od czarta i powrót do domu. Tylko przysięgnij mi − powiedziała − że mnie nie o puścisz w strapieniu, a jeżeli dostaniemy się do twego domu, nie podejdziesz do dziecka ochrzczonego. Wtedy zgubiłbyś mnie na zawsze, bo ja ojca swego, diabła, zabiję i potępiona będę na wieki. A jeśli ty spełnisz moją prośbę, wybawisz mnie, to sam się przekonasz, kim wcześniej byłam! A teraz dosyć gadania, czas w drogę!
Biegli i biegli aż im tchu brakło, naraz ona przestraszyła się:
− Michasiu, słyszysz?
− Nie!
− Posłuchaj! Teraz słyszysz coś?
− Nie!
I trzeci raz zapytała go o to samo. Wtedy on odpowiedział:
− Tak, słyszę!
− Oto pogoń za nami − rzekła diablica. Nic innego nam nie pozostaje, jak tylko się w coś przemienić. Ja zmienię się w kościół, ty będziesz starym kościelnym.
Tak się też stało. Po chwili nadleciały te wszystkie diabełki, które pomagały chłopcu wypełnić diable rozkazy, i − nie dostrzegając ich − spytały starca, czy nie widział uciekinierów.
− O, widziałem, moje drogie. Ale oni już tyle kilometrów uciekli, ile lat ten kościół stoi.
Diabły spojrzały na datę wykutą w murze i aż im włosy dęba stanęły. Zrezygnowały z pościgu i wróciły do starego biesa.
Tymczasem młodzi dalej uciekali. Byli już bardzo daleko od czarciej chaty, a dziewczyna-łabędź raz po raz przypominała Michasiowi o jego obietnicy. Kiedy ten przyrzekał jej na kolanach, że jej nie zgubi, nie podejdzie do świeżo ochrzczonego dziecka i chciał nawet Boga na świadka brać, ona go powstrzymywała mówiąc:
− Nie zaklinaj się jeszcze teraz na Boga, bo mnie zgubisz!
Michaś i dziewczyna wciąż uciekali, a biegli tak szybko, że się kurzyło za nimi. Jednak pościg znów był blisko i kiedy usłyszeli jego odgłosy, ponownie trzeba było użyć czarów. Tym razem ona przemieniła się w stado owiec, a on został leciwym owczarzem. W sekundę później diabły wypytywały starca, czy nie minęła go dwójka młodych ludzi.
− A tak. Widziałem ich, widziałem! Ale oni tak szybko lecieli, że chyba tyle kilometrów ulecieli, ile tych owiec na łące się pasie!
Owce biegały, czarty się myliły przy liczeniu, zaczynały od początku i tak je to zdenerwowało, że wróciły do biesa naczelnego i opowiedziały o całym zajściu. Stary się wściekł, nawyzywał, po pyskach im naprał za głupotę i nieuwagę. Postanowił sam odnaleźć Michasia i dziewczynę, a odgrażał się okrutnie: jak ich złapię, to będę ich torturować i znęcać się nad nimi jak jeszcze nigdy nad nikim, jak długo poluję na złe dusze! I poleciał. Żeby lepiej wszystko z góry widzieć, przybrał postać gołębia i leciał tak szybko, aż się wiatr silny zerwał pomagając mu w locie.
Słysząc podmuchy czarodziejskiego wichru, dziewczyna-łabędź odgadła zamiary ojca.
− Ja zmienię się teraz w jastrzębia i gołębia rozszarpię − powiedziała. Będziemy wtedy wolni!
I nagle stała się dużym jastrzębiem. Poleciała w górę, a tam nagle jakby piorun uderzył, bo pożarła gołębia-diabła. Wróciła na ziemię cała drżąca i ze łzami w oczach:
− Wybawiłam siebie i ciebie, Michasiu. Jesteś wolny! A czy ty wiesz, że ta wioska, którą widać, to jest wieś twoja rodzinna?
Michał oczom swoim nie wierzył, ale chwycił ją za rękę i pędził bez pamięci, jakby znów go ktoś gonił. Kiedy weszli oboje do jego domu, przywitał się z rodzicami. Chciał też przedstawić swoją najdroższą, ale posłyszał płacz małego dziecka − siostry, co w jego nieobecność przyszła na świat − i do niej podbiegł. W tym momencie usłyszał jedynie: Michasiu, zgubiłeś mnie! I jego towarzyszka znikła, przepadła jak kamień w wodę rzucony. Dopiero sobie uprzytomnił, co zrobił. Zgubił tę, co go wybawiła, którą kochał i przysięgę złożył, że ją wybawi i dowie się, kim była.
Kiedy po kilku godzinach wielkiej żałości przyszedł do myśli przytomniejszych, wszystko opowiedział swym rodzicom. Matka ręce załamywała z rozpaczy i zdziwienia:
− Synu wybawiony, ona była dużo warta! Nawet gdybyś jej nie kochał, to powinna u nas znaleźć dom za to, że cię ze szponów szatańskich wyrwała. Kiedyś pewno udałoby się i ją wybawić… A ty w dodatku kochałeś ją i tak niemądrze postąpiłeś!
On począł płakać, wzywać Boga na pomoc. Nie wiedział jednak, co ma zrobić, żeby ukochaną odzyskać. Jego matka tylko codziennie modliła się za tę, co synowi życie uratowała i do domu sprowadziła.
Minęło kilka lat, żal Michasia ucichł. Poznał inną miłą dziewczynę z sąsiedniej wsi i zaręczyli się. Kiedy nastał dzień ślubu, zjawiła się nagle odczarowana, wybawiona modlitwami wieśniacza panna, co była niegdyś łabędziem. Przyniosła ze sobą placek, upieczony na wzór tego, co go Michaś diabłu nosił. Widząc to chłopak nie myślał wiele, tylko rzekł: jesteś moja. Zaklinam cię, bądź na zawsze przy mnie!
I tę oto poślubił, tamtą zostawił. A w czasie wesela opowiedział całą historię gościom.
Bajka zapisana w 1957 roku przez Aldonę Paczkowską z Włocławka, opowiedziana przez dziadka Genowefy Strzecińskiej.
