O Maciusiu, co szedł
Było to w rodzinie kupieckiej, bardzo dawno temu. Zdarzyło się pewnego razu, że kupiec wiózł towar do miasta na sprzedaż i ciemna noc go zastała w lesie. A że teren był podmokły, wóz mu się zarył w błocie i w żaden sposób nie mógł wyjechać. Choć kupcowi niejeden sposób przychodził do głowy, jak się z błota wydostać, nic mu nie wychodziło. Zmuszony do nocowania w lesie, zdenerwowany powiedział:
− Niech to wszyscy diabli wezmą!
I stało się jako chciał. Stanął przed nim diabeł i rzekł:
− Dasz mi to, co masz w domu, a o tym nie wiesz, to ci pomogę i stąd wyjedziesz.
Kupiec pomyślał, że w domu nie ma nic ważnego, o czym by nie wiedział i zgodził się.
A diabeł na to:
− No dobrze. Ale najpierw spiszmy cyrograf.
I zapisano: „Ja kupiec, daję diabłu za udzieloną mi pomoc to, co mam w domu, ale o tym nic nie wiem”. Podpisał się krwią, a diabeł wziął cyrograf, zakasał rękawy i jak nie złapie za zad wozu, aż błoto prysnęło na boki! I kupiec odjechał ze swoim towarem. Lecz wciąż go sumienie dręczyło, co też takiego może mieć w domu, że diabeł mu za to swą pomoc ofiarował.
Kiedy kupiec sprzedał wszystkie towary pognał zaniepokojony do domu. Gdy zajechał na miejsce, ludzie, co u niego służyli, powiedzieli, że syn mu się urodził. Kupiec zachmurzył się, bo przypomniała mu się scena w lesie, kiedy to diabłu swego syna sprzedał.
− No trudno − pomyślał − musi już tak być!
Kiedy zafrasowany przyszedł przywitać się z żoną, kobieta zapytała go, czy czasem nie jest chory i dlaczego nie cieszy się z noworodka. Lecz on nic na to nie odpowiedział, jeno jeszcze bardziej spochmurniał.
I tak upłynęło kilka miesięcy. Dziecko ochrzczono i dano mu na imię Maciuś, a kupiec z tego zmartwienia nie jeździł dłuższy czas ze swym towarem do miasta, ino siedział w domu do nikogo nic nie mówiąc. Żonę to zaniepokoiło i spytała męża, co mu jest. I wtedy kupiec opowiedział jej całą historię o diable w lesie. Żona bardzo się zatrwożyła, ale nic poradzić nie mogła. A chłopczyk rósł i się rozwijał. Kiedy dorósł już do jedenastu lat, widząc swych rodziców zasępionych, zainteresowało go, dlaczego są tacy posępni. Lecz każde z rodziców zbywało go innymi odpowiedziami, nie chcąc wyjawić prawdy. I tak dalej upłynęły dwa lata. I znów syn pyta ojca, dlaczego on taki smutny. Ojciec pomyślał, że w końcu trzeba opowiedzieć synowi całą historię z diabłem. Kiedy zakończył swą opowieść, syn wstał i powiedział:
− Ojcze, ja pójdę do piekła po cyrograf!
A ojciec na to:
− Synu, zginiesz tam!
− Nie, ojcze, nie zginę!
− Tedy idź, synu!
Syn przyjął komunię, wziął brewiarz, kropidło i święconą wodę. Na drogę zabrał pięć kawałków chleba, pożegnał się z rodzicami i poszedł szukać piekła. Idzie, idzie, dzień, drugi, trzeci, a piekła jak nie widać, tak nie widać. Czwartego dnia dostał się na taką pustynię, że żywej istoty nigdzie nie było. Szedł dalej, patrzy, a tu siedzi dziadek z siwą brodą aż po pas, który pyta się chłopca, dokąd idzie. A Maciuś odpowiedział, że szuka piekła. Na to dziadek spytał go:
− A nie boisz się?
− Nie, dziadku.
Wtedy dziadek powiedział:
− Dam ci zaczarowaną myszkę − przewodniczkę, która cię doprowadzi do piekła.
Chłopiec podziękował, a dziadek rzekł:
− Jak ci myszka zniknie, to wiedz, że jesteś w pobliżu piekła.
− Dobrze, dziadku.
I Maciuś poszedł przez pustynię, a tu zając za nim woła:
− Maciusiu, weź mnie ze sobą, a jak będę ci potrzebny, to dasz mi trochę chleba.
Maciuś zajrzał do swojego prowiantu: jeszcze miał trzy kromki. Ułamał kawałek, dał zającowi i poszli dalej. Szli tak, szli, a tu za krzakami coś zameczało:
− Maciusiu, weź mnie ze sobą! Jestem kózką, będę ci pomocą w niedoli!
− Idź ty precz, łakomczuchu! Ty byś nas objadła ze wszystkiego, a my z głodu zginęlibyśmy i do piekła nie doszli.
− Weź mnie, Maciusiu, dasz mi tylko kromkę chleba!
Maciuś kózki pożałował, dał jej kromkę i poszli we trójkę dalej. Szli, szli, a tu na nich jak nie chuchnie zimnem! O mało co nie zamarzli. A na drzewie siedział mróz i tak powiada:
− Zabierz mnie, Maciusiu, ze sobą do piekła, będę ci pomocą w drodze, dasz mi za to kawałek chleba.
Maciuś zajrzał do prowiantu. Została mu jedna kromka, ale że mroza było mu żal, podzielił ją na cztery części. Podjedli, odpoczęli i ruszyli dalej. Uszli kawał drogi i nagle myszka, która była przewodniczką, zniknęła. Wtedy cała czwórka się zatrzymała i rozejrzała. I o dziwo! Co ujrzeli! Korowody ludzi, którzy szli do piekła. Były tam wytworne panie, dziedzice, złodzieje, bandyci, oszuści i wiele, wiele innych typów.
Maciuś zatrzymywał przechodniów i pytał, gdzie jest droga do piekła, ale nikt mu nie odpowiedział, wszyscy wydawali tylko okropne jęki. Wtedy Maciuś wraz ze swoimi towarzyszami przyłączył się do nich i zaczął odmawiać psalmy. Naraz stanęli przed bramą, zza której wyjrzał diabeł. Gdy ich zobaczył, zatrzasnął z hukiem wrota im przed nosem. Wtedy Maciuś zaczął psalmy odmawiać i kropić drzwi wodą święconą. I znów się wrota otworzyły. Wyjrzał diabeł i spytał się, czego chcą i po co przyszli. Na to Maciuś odpowiedział, że przyszedł po cyrograf i chce się widzieć z samym Lucyferem. Diabeł zamknął drzwi i po chwili wrócił mówiąc, że Lucyfera nie ma wpiekle. Wtedy Maciuś zaczął znów kropić wszystko dookoła wodą święconą. Diabeł wyskoczył i powiada:
− No już wchodź, tylko przestań nas święcić!
Zaprowadził go do Lucyfera, który siedział na swym tronie. Przy nogach i rękach miał łańcuchy, a na głowie koronę. Kiedy zobaczył Maciusia, spytał go, po co przyszedł, a ten mu odpowiedział, że po cyrograf. A Lucyfer na to, że diabeł, który ma jego cyrograf jeszcze po ziemi lata i cyrografu do piekła jeszcze nie przyniósł. Wtedy Maciuś święconą wodą zaczął kropić Lucyfera, który mało się z łańcuchów nie zerwał i krzyczał, że odda mu cyrograf pod warunkiem, że Maciuś wykona trzy zadania. Jeśli chociaż jednego nie wykona, cyrografu nie odzyska. Maciuś zgodził się.
Pierwsze zadanie, to wyścig z Lucyferem. A zajączek zawołał:
− Puść mnie, Maciusiu, bo mi się już nogi zastały!
I Maciuś wypuścił zajączka, a ten z diabłem poszedł w zawody wyprzedzając go dwukrotnie.
− Dobrze − rzekł Lucyfer − wygrałeś ten zakład! Teraz drugi: musisz zjeść obiad ugotowany na dwa bataliony wojska!
− Dobra − powiada Maciuś.
A kózka woła:
− Puść mnie, Maciusiu, bo jestem bardzo głodna!
I Maciuś ją puścił, a koza jak doleciała do stołu, to w mig oprzątnęła całą zastawę, obaliła stoły i jeszcze meczała, że to mało.
− Dobrze − powiada Lucyfer − i ten zakład wygrałeś. A teraz trzeci: patrz, tam stoi kocioł. Jak wytrzymasz w nim pięć minut, to zakład wygrasz i cyrograf dostaniesz.
− Dobra − powiada Maciuś.
A mróz mu szepcze:
− Puść mnie do pracy, bo się nudzę!
Maciuś go puścił, a sam do kotła wskoczył. A mróz jak nie zacznie dmuchać, że o mało chłopaka nie zmroził.
− No, i ten zakład wygrałeś, ale cyrografu ci nie dam, bo go nie mam, ha!
Na to Maciuś, jak nie zaczął ich wodą święcona kropić! A diabły, jak nie poczęły się wydzierać, że mu zaraz cyrograf oddadzą. I Lucyfer nakazał przynieść kufer, wyciągnął z niego cyrograf i dał śmiałkowi.
Bajka zapisana w 1955 roku przez Feliksa Paczkowskiego z Włocławka.
