W dawnych czasach żyła sobie królewna, która nikomu nic nie użyczyła i nikogo nie ugościła. Była kapryśna, opryskliwa i niegrzeczna w rozmowach.
Razu pewnego, do zamku w nocy zakołatano w bramy. Strażnik, który pilnował wejścia, spytał:
− Kto tam?
Na to głos z dołu doleciał do uszu strażników:
− Otwórzcie starej babinie i dajcie się jej schronić przed nadciągającą burzą!
Wtedy pilnujący powiedzieli, że mają rozkaz od swej pani, by nikogo, nikogusieńko do zamku nie wpuszczać, zwłaszcza o nocnej porze. Gdyby rozkaz ten złamali − straceni zostaliby niechybnie!
Na to odezwała się babina:
− Dobrze, ja i tak wejdę do zamku, a wy zaklęci bądźcie w sowy i nietoperze!
A następnie stuknęła laseczką czarodziejską o ziemię, a ciężkie wrota otworzyły się przed nią z wolna. Rozzłoszczona wróżka weszła do zamku, choć kłębowisko sów i nietoperzy przeszkadzało jej bardzo. Opędzając się od nich swą laską wkroczyła do komnat królewskich. Widząc nieproszonego gościa, królewna zachowała się w swój zwykły, niegrzeczny sposób. Wymyślała kobiecie od włóczykijów, grożąc strażami. Wygrażała też strażnikom, którzy babinę do zamku wpuścili. Stara zapewniła królewnę, że jej słudzy zostali już poskromieni, po czym poprosiła młodą kobietę o mały kącik do spania, gdzie mogłaby przeczekać burzę.
Królewna głucha była jednak na prośby kobieciny, swym służkom rozkazała więc babuleńkę wypędzić. Wróżka wpadła w ogromny gniew. Trzasnęła swą czarodziejską laską w podłogę i rzekła:
− Bądźcie przeklęte za swą niegodziwość i przedzierzgnijcie się w psy! A ty, zła królewno, pamiętaj, że od dnia dzisiejszego przestaniesz być królową. Za twe złe uczynki urośnie ci broda do samej ziemi. Będziesz w tym zamku sama, będziesz w nim pokutować po nocach tak długo, aż cię ktoś nie wyswobodzi, a to prędko nie nastąpi…
Rzuciwszy czar na królewnę, wyszła z zamku zadowolona, że odpłaciła za gościnę złym ludziom. Od tego dnia państwo zostało bez władcy, a w zamku, gdzie mieszkała zła królewna, straszyło okropnie. Ludzie widząc, że nie ma kto rządzić, zwołali wielki wiec i obrali sobie króla, który był dobry, a w bojach mężny.
Tymczasem w zamku opryskliwej królewny nocami działy się dziwne rzeczy. Sowy puchały, psy wyły, a olbrzymie nietoperze latały wokół zamczyska. W samym zaś budynku strasznie złe przeszkadzało! Drzwi i okna całkiem same z trzaskiem się otwierały i zamykały, coś huczało i łomotało, a stropy się zawalały. W jednej z komnat wstrętna królewna z długą brodą grywała sama w karty. Gdzie się ruszyła − wionęło od niej stęchlizną i trupim smrodem, a wiatr, który towarzyszył jej w przechadzkach po zamku, szarpał jej zbutwiałym odzieniem.
Tak płynęły lata i wieki w pokucie za niecne królewny uczynki, a wybawcy jak nie było, tak nie było. W końcu król nowy ogłosił po świecie, że da dużo pieniędzy i szczodrze nagrodzi człowieka, który wygoni stracha z zamku. Śmiałków było wielu, ale nikomu się nie udało pokonać złego.
Aż razu pewnego chodził po kweście wędrowny człowiek. Poszedł do króla i powiedział, że on złe przepędzi. Król chętnie się zgodził, choć wątpił, że zuchowi się uda: tylu już próbowało i żadnemu się nie powiodło!
Człek podróżny był uparty, więc w końcu umówili się:
− No to dziś wieczorem − powiedział potencjalny oswobodziciel. A tymczasem poszedł pokręcić się wśród ludzi, by zasięgnąć języka. Jedni mówili straszne rzeczy, że widzieli królewnę z brodą jak sama ze sobą grywała w karty, inni opowiadali o hordach psów na ganku wyjących, to znów o sowach, co swym hukaniem mogły nawet nieboszczyka wystraszyć.
Kiedy nasz podróżny zebrał trochę wiadomości, poszedł na zamek do króla, wziął od króla pieniędzy, wziął i karty do gry, i święconą wodę, a nawet kredę świę
coną zabrał. Tak przygotowany udał się jeszcze za widoku do strasznego zamczyska. Rozejrzał się po zatęchłym zamku (od wielu, wielu lat ludzka noga tam nie stanęła). Kiedy wszystko już obszedł, wrócił do komnaty królowej, nakreślił koło na podłodze, w kole tym ustawił fotel i zasiadł w nim sobie. Pokropił siebie i podłogę święconą wodą i postanowił odpocząć. Zdrzemnął się nawet trochę, bo sen go już brał. Jak długo spał – sam nie wiedział. Przebudził się, słysząc straszliwy rumor. Rozpętało się istne piekło: wszędzie było pełno kurzu, tynk odlatywał ze ścian, a podłoga wyginała się. W dodatku jeszcze dął wicher potworny, który z hukiem otwierał okna i drzwi.
Naraz za stołem, naprzeciw wędrowca, ukazała się ohydna królewna. Szaty na niej porwane wisiały w strzępach, broda wlokła się po ziemi. Zjawa miała zapadnięte oczy i wychudzoną twarz − istny szkielet! Ledwo go ujrzała, natychmiast zakrzyknęła:
− Chodź, zagramy w karty!
− Dobrze − odpowiedział mężczyzna − ale pod tym warunkiem, że jak ja cię ogram, to się stąd wyniesiesz i więcej straszyć nie będziesz!
− Zgoda! − zakrzyknęła zjawa. − Ale jeśli ja ciebie ogram, to cię zjem, bom bardzo głodna, a nie jadłam od wielu lat.
− Dobrze więc, grajmy!
Zaczęli grę na śmierć i życie. Grali uparcie! Królewnie nie wiodło się i przegrywała partię za partią. Zachłannie wyciągała przy tym kościste ręce po swą niedoszłą ofiarę, chcąc pożreć śmiałka (a przynajmniej odgryźć mu nos albo rękę), ale kreda i woda święcona okropnie ją parzyły, więc i to jej się nie udawało.
Tak grali dalej, ciągle i ciągle, aż w końcu królewna postawiła ostatnią stawkę i ją także przegrała. Ryknęła wtedy nieludzkim głosem, wyciągając ramiona w stronę przeciwnika, lecz… stała się rzecz nieprawdopodobna! Czar prysł i oto zamiast szkaradnej postaci mężczyzna ujrzał piękną królewnę. Czas pokuty minął… Nagle zaroiło się też od służek, które z psów przemieniły się na powrót w kobiety.
Oczom zdziwionego wędrowca ukazała się pochylona babinka, która mu całą rzecz wyjaśniła, kończąc:
− Dzięki twej odwadze wyzwoliłeś królewnę. Teraz możesz się z nią ożenić.
Wybawca wysłuchał całej opowieści, a zwracając się do królewny spytał, czy jej się podoba i czy go zechce. Królewna była bardzo zaskoczona, lecz natychmiast skinęła głową. Wkrótce też wielkie weselisko wyprawiono, wędrowiec otrzymał swą nagrodę i część kraju od króla. Do dziś tam rządzą!
Bajka zapisana w 1956 roku przez Feliksa Paczkowskiego z Włocławka, opowiedziana przez jego sąsiadkę Marię Nejman.
