W pewnym mieście, a było to dawno temu, żyło sobie małżeństwo. Ludzie ci mieli jednego syna, który miał na imię Wojtek. Wojtek miał dziwny zwyczaj − pchało mu się w usta jedno zdanie. I to nie tylko w dzień, ale nawet podczas snu mamrotał:
− Ażeby mnie ciarki wzięły!
Tak to często sobie powtarzał, że ludzie nazywali go głupim Wojtkiem i często obrywał szturchańce od zniecierpliwionych rodziców. Ci nie wiedzieli co robić z tak dziwnym synem, więc w końcu wyprawili go w świat, mówiąc, że jak znajdzie sobie jakie zajęcie, to może zmądrzeje.
− Ano, mogę iść − odparł Wojtek, ale już po chwili dodał − brrrrr… żeby mnie ciarki wzięły!
Rodzice wzruszyli ramionami, dali Wojtkowi jeść na drogę i pobłogosławili mówiąc, że jak mu się poprawi i kiedy go ciarki przestaną brać, to niech wróci do swych rodziców.
− Dobrze − powiedział Wojtek i ruszył w drogę.
Upłynął jeden dzień, drugi, trzeci, a Wojtka wciąż ciarki brały i nigdzie pracy nie mógł dostać z powodu tego wyrażenia, przez które wszyscy brali go za głupiego.
W czwartym dniu swej wędrówki, zauważył rosnącą przy drodze ulęgałkę. Wszedł na nią, narwał owoców, wsadził je za pazuchę i ruszył dalej. Szedł, szedł aż doszedł do lasu. Wtedy Wojtkowi zachciało się jeść, a że w lesie już zaczynało szarzeć na dobre, więc uzbierał chrustu, rozpalił ognisko, ogrzał się, wyjął zza pazuchy gruszki i piekł je sobie na ogniu po jednej.
Kiedy Wojtek dobrze sobie podjadł, mogło być już po północy. Szykując się do snu mruknął:
− Żeby mnie ciarki wzięły − i spojrzał w górę.
A tam, na gałęziach nad ogniskiem, dwa wisielce dyndały! Wojtek przypatrywał im się, a one jakby żywymi ludźmi były, zaczęły ruszać nogami i rękami. W końcu jeden z nich odezwał się:
− Zdejmij nas z tych sznurów i rozgrzej choć trochę, bośmy wymarzli, a tobie tam ciepło jest!
A Wojtek na to:
− Żeby mnie ciarki wzięły, lepiej byśta mi nie przeszkadzali w spaniu.
Ale rad nierad wstał z ziemi, gdyż żal mu się ich zrobiło, bo dnia tego wiatr hulał bezlitośnie, więc pomyślał sobie: niech i oni się rozgrzeją. Wlazł tedy Wojtek na drzewo, wyciągnął jednego z pętli i zaniósł w pobliże ogniska. Wdrapał się i po drugiego, i tego też koło ogniska położył. Potem obracał to jednego, to drugiego, a już to bokiem, to plecami do ciepłego, w końcu porozcierał im ręce i nogi, bo mieli bardzo sztywne. Wreszcie wisielcy ożyli, zaczęli się ruszać, siedli koło ognia i powiadają:
− Teraz to my cię zjemy, bo dawno nic nie jedliśmy i jesteśmy głodni!
− Ach, to wy tacy jesteście? Ja was tu rozgrzałem, bo byliśta sztywne jak kość, a wy mi się tak odpłacacie? To ja was wolę powiesić z powrotem.
I nie namyślając się długo chwycił jednego wpół, ze zwinnością wiewiórki wspiął się na drzewo i odwiesił go na miejsce; podobnie uczynił z drugim. Sam zaś siadłszy na ziemi rzekł:
− Ażeby mnie ciarki wzięły! − i zasnął.
Tej nocy jednak coś niedobrego mu się majaczyło, bo co i rusz wołał o tych ciarkach.
Nad ranem przebudził się Wojtek z zimna i od razu:
− Ażeby mnie ciarki wzięły − powiedział.
Szybko dołożył chrustu do dogasającego ognia, zjadł parę ulęgałek przegryzając chlebem, a posiliwszy się sowicie, ruszył w dalszą drogę.
Szedł, szedł, aż doszedł do wielkiego grodu, a że zmęczony był, to usiadł sobie pod wielką lipą i mamrocząc sennie − żeby mnie ciarki wzięły − przysnął.
Ludzie do pracy tamtędy zmierzali; jeden z odważniejszych mężczyzn, słysząc o ciarkach Wojtka, obudził go i poradził:
− Słuchaj, podróżniku, jak chcesz, żeby cię ciarki wzięły, to idź spać do królewskiego zamku, a tam na pewno ciarki cię wezmą!
Na te słowa towarzyszący mu ludzie zaczęli się śmiać serdecznie. Potem dano znać królowi, że znalazł się taki człek, co to chce, żeby go ciarki wzięły. Król ucieszył się bardzo, gdyż w zamku przeszkadzało okropnie, więc kazał przyprowadzić śmiałka do siebie. Przywiedli zatem Wojtka przed oblicze króla, a ten rzekł:
− Posłuchaj synu, jak wypędzisz stracha z zamku, to dostaniesz pół królestwa i mą córkę za żonę!
Wojtek zgodny był, to się zgodził, choć nie rozumiał, na co mu to wszystko. Pomyślał sobie prędko, że jakiś dobry człowiek zlitował się nad nim i oferuje mu nocleg, więc tym chętniej przytaknął.
Zaprowadzono Wojtka do komnaty, w której straszyło i kazano mu w niej spać. Tymczasem Wojtek już całą litanię swych „ciarków” odmówił, ale zachciało mu się jeść, więc wyjął resztę gruszek, chleb, nóż i począł się posilać. Naraz nad nim zatrzęsło się sklepienie i głos z góry się odezwał:
− Uciekaj, bo lecę!
A Wojtek na to:
− A leć, byle nie w moje ulęgałki.
A tu znów: jeszcze bardziej się wszystko zatrzęsło, a głos z góry gdzieś dobiegający powiedział:
− Uciekaj, bo lecę!
A Wojtek, nie przerywając jedzenia:
− A leć leć sobie, byle nie w moje ulęgałki!
Wtedy coś stęknęło, potem coś jęknęło i na stół spadła głowa z oczami, co w niej mrugały na wszystkie strony. Potem zleciał tułów, a na ostatku nogi. Wszystko się nagle zrosło i ręce stwora wyciągnęły się po Wojtka! Wojtek zaś bez namysłu chwycił nóż leżący na stole i jednym zamachem obciął zjawie ręce. Duch widząc chwackiego przeciwnika, zwiał zaraz przez okno wychodzące na ogród, a Wojtek ze słowami:
− Ażeby mnie ciarki wzięły − zasnął utrudzony.
Rano sam król przyszedł i zobaczył Wojtka mamroczącego we śnie. Ale zobaczył też obcięte dwa kosmate łapska, więc uradował się wielce. Dotrzymał też słowa i wkrótce wyprawił córce i głupiemu Wojtkowi wielkie wesele.
A Wojtek… jak to Wojtek. Tylko się obżerał, w kółko ciarki go brały, a ani o rządy w królestwie, ani o żonę specjalnie się nie troszczył. Poddani byli więc nieszczęśliwi, królewna jak liść wyschła i może nawet by umarła, gdyby nie wróżka, która poradziła nieszczęsnej, co ma robić, żeby Wojtka wreszcie ciarki wzięły.
Kazała królewnie nalać pełną balię wody i postawić przy łożu. Kiedy Wojtek wstanie w nocy zaspany i wpadnie do lodowatej wody, to go ciarki wezmą i już nie będą go więcej brały! Królewna ucieszyła się bardzo i zaraz wypełniła polecenie wróżki. Gdy mąż wpadł do zimnej wody zawołał:
− Brrrr, rety, ale mnie ciarki wzięły! − i buch do łóżka.
Rano, kiedy się obudził, to był już mądrym Wojtkiem, najlepszym królem i najukochańszym mężem. Wkrótce po tym wszystkim odwiedził swych rodziców… Potem zwiózł ich na zamek i do tej pory wszyscy się cieszą dobrymi rządami Wojtka!
Bajka zapisana w 1956 roku przez Feliksa Paczkowskiego z Włocławka, opowiedziana przez jego siostrę Kazimierę Rucińską.
