Wmałej wiosce, nad brzegiem rwącego potoku, w jednym gospodarstwie pracował Józio jako pastuch. Razu pewnego przyszedł doń gospodarz i powiada:
− Słuchaj, Józiu, ty już pracować u mnie nie będziesz. Już jesteś dorosły i czas ci jest byś założył własne ognisko domowe. Masz tu zapłatę za twoje dwadzieścia lat służby i ruszaj w świat, a twoje miejsce zajmie mój syn!
Pewnego razu, przez góry, lasy i rzeki szedł sobie biedny młodzieniec szukać pracy. Szedł tak i szedł, aż doszedł do wielkiego boru. Naraz usłyszał głos człowieka wołającego o pomoc. Podbiegł w te pędy i zobaczył wilka szarpiącego człeka starego. Chłopak chwycił polano, zapalił je i udało mu się zwierza przegnać. Starzec rzekł:
W pewnym mieście, a było to dawno temu, żyło sobie małżeństwo. Ludzie ci mieli jednego syna, który miał na imię Wojtek. Wojtek miał dziwny zwyczaj − pchało mu się w usta jedno zdanie. I to nie tylko w dzień, ale nawet podczas snu mamrotał:
Było to w rodzinie kupieckiej, bardzo dawno temu. Zdarzyło się pewnego razu, że kupiec wiózł towar do miasta na sprzedaż i ciemna noc go zastała w lesie. A że teren był podmokły, wóz mu się zarył w błocie i w żaden sposób nie mógł wyjechać. Choć kupcowi niejeden sposób przychodził do głowy, jak się z błota wydostać, nic mu nie wychodziło. Zmuszony do nocowania w lesie, zdenerwowany powiedział:
Było to bardzo dawno temu. Daleko, daleko stąd, żyła sobie pewna rodzina. Mieli oni jednego syna, którego zwano Michaś. Michaś pragnął czegoś lepszego w życiu, co dałoby mu zadowolenie. I taki sobie plan umyślił, żeby iść w świat, gdzie go oczy zaprowadzą. Tak też uczynił. Jednego dnia pożegnał się z rodzicami, mówiąc: