O dzielnym chłopcu

Było to bardzo dawno temu.

Pewnego razu, przez góry, lasy i rzeki szedł sobie biedny młodzieniec szukać pracy. Szedł tak i szedł, aż doszedł do wielkiego boru. Naraz usłyszał głos człowieka wołającego o pomoc. Podbiegł w te pędy i zobaczył wilka szarpiącego człeka starego. Chłopak chwycił polano, zapalił je i udało mu się zwierza przegnać. Starzec rzekł:

− Młodzieńcze dzielny, dziękuję ci po tysiąckroć za ocalenie mi życia! Niczym nie mogę cię wynagrodzić, bo nic nie mam. Obiecuję ci za to, że ile razy będziesz w potrzebie i pomyślisz o mnie, tyle razy ci pomogę.

Pożegnali się i rozeszli każdy w swoją stronę. Chłopak szedł dalej, aż zaszedł do wielkiego miasta. A tu… aż czarno od chorągwi żałobnych! Co to może być? Wszedł do karczmy, tam poprosił ludzi o wyjaśnienia. Ci powiadają:

− Szesnaście lat temu urodziła się księżnej pani córka, ale jakaś taka okropna. Silna taka, zęby miała na wierzchu i zaraz zaczęła mówić! To strzyga była…

Król kupił trumnę i żywą strzygę pochował. A ona, ona żąda, żeby co dzień przyprowadzać człowieka do pożarcia. Jakby ojciec jej nikogo nie dał, to w nocy wyjdzie i wszystkich rozszarpie! I tak co dzień, od szesnastu lat, kolejny człowiek szedł na zatracenie. Najprzód więźniowie dożywotni, potem coraz to nowi ludzie. Już mieszkańców braknie, przyszła kolej chyba i na samego króla! Rozpacz, zgroza, podłość i strach panowały w mieście, a król ogłosił, że ktokolwiek choć na jeden dzień go zastąpi, to jego rodzina dostanie
w nagrodę karczmę i pałac.

Opowiadający zamilkli, a chłopiec rzekł:

− Proszę mnie do króla zaprowadzić.

Kiedy już byli na miejscu, chłopiec powiedział:

− Ja dziś pójdę za ciebie, królu!

Na to król:

− Chłopcze, wiedz, że zginiesz, jak tysiące innych. Powiedz choć, gdzie twoja rodzina, to ich wynagrodzę sowicie za twe życie.

− Ja sam jestem i sam nagrodę chcę otrzymać.

Król popatrzył na chłopca z zadowoleniem i rozkazał go do kościoła zaprowadzić, gdzie znajdował się grobowiec strzygi. Wieść o śmiałku szybko rozeszła się i ludzie odprowadzili młodzieńca na miejsce, szepcąc:

− Jaki odważny młodzian!

− Biedak…

− On chce pokonać strzygę…

Wpuszczono chłopca do kościoła, zamknięto za nim wrota. Chłopak został sam. Siedząc tak w ławce przypomniał sobie starca i jego radę. Zaraz też usłyszał jakiś głos cudzy w sobie mówiący:

− Schowaj się, chłopcze, za ołtarz, gdzie leżą kości ludzkie, co strzyga pozostawia po pożarciu człowieka. Wejdź pod nie, na sam spód i siedź tam do samego końca, pamiętaj, cokolwiek się dziać będzie − nie wychodź!

I tak się stało. Kiedy o północy strzyga wyleciała, chłopak był skryty pod kośćmi. Ona ryczała, aż się kościół trząsł, biegała i szukała go krzycząc:

− Wyjdź, człowieku, czuję świeże mięso! Jak nie wyjdziesz, to będę cię długo męczyć po schwytaniu, a nie pożrę od razu!

Wrzeszczała tak, węszyła i szukała, ale nie mogła go odnaleźć, bo resztki ludzkie zapach maskowały… A młodzieniec struchlały siedział w swej kryjówce. Tymczasem strzyga poleciała za ołtarz i tam wyjąc z głodu poczęła ogryzać i wysysać leżące kości. Już już malutka góreczka kości była, już prawie schwytała ukrytego śmiałka, kiedy kur zapiał i musiała strzyga do swej trumny głodna wrócić.

Rano ludzie czekali pod kościołem, niepewni losów chłopca. Kiedy okazało się, że zuch przeżył, zdumieli się i z radości zanieśli go na rękach do pałacu. Na jego cześć król wydał nawet ucztę dla całego miasta!

Ale nie był to przecież koniec: dzielny młodzian miał przed sobą jeszcze dwie noce w sąsiedztwie strzygi.

Na drugi dzień do kościoła śmiałek został odwieziony karetą. Odprowadzający go ludzie byli weseli i pełni nadziei na przyszłość.

Tak samo jak i poprzednio, chłopak wspomniał starca, którego ocalił. A tu jakby mu coś szeptało:

− Teraz weź święconą kredę, święconą wodę i wejdź na chór.

I tak też zrobił: o jedenastej poszedł schodami na chór, porysował drzwi święconą kredą i ukrył się koło organów. Kiedy wybiła dwunasta, grobowiec otworzył się, wyleciała strzyga. Była rozwścieczona i potwornie głodna. Natychmiast poprzewracała ławki w kościele i poczęła się rozglądać za ofiarą. Naraz spostrzegła chłopca, aż klasnęła z radości i zaryczała, no i w te pędy schodami na chór!

Aż tu nagle stanęła jak wryta, bo coś ją od drzwi odepchnęło, a w dodatku poparzyło. Wyjąc potwornie,zbiegła na dół, zaczęła wyrzucać trupy z trumien. Potem zaniosła trumny pod chór i tam układać zaczęła jedną na drugą, jedną na drugą… Już wyglądało na to, że ostatnią przyniesie, wlezie na stos i chłopaka dopadnie, kiedy on wyrwał piszczałkę z organów i całą piramidę trumien zwalił na posadzkę. A co strzyga ułożyła, to on zwalał na nowo. Tak czas mijał, aż w końcu strzyga znów musiała głodna spocząć w swym grobowcu.

Tak jak poprzedniego dnia ludzie ciekawi czekali pod kościołem, a potem zabrali go do pałacu, skąd wieczorem miał ostatni raz iść do schronienia strzygi. Wszyscy czekali z niepokojem, bo to wieczór rozstrzygnięć był. Albo młodzian zginie, albo wybawi ludzi od śmierci. Gdy chłopak sam w kościele zamkniętym został, usiadł w ławce i pomyślał o starcu. Natychmiast usłyszał głos, który radził:

− Weź kredę święconą i skryj się za drzwiami grobowca. Kiedy strzyga popędzi na środek kościoła, to ty obrysuj jej trumnę kredą, wskocz do środka i wieko zawrzyj. A głuchy bądź na prośby i płacze, niczego nie słuchaj i wytrwaj do samego końca!

Północ wybiła.

Strzyga wylata z grobowca, wyje dziko. Rozwala ławki, tłucze klosze od lamp, zrzuca obrazy. Aż posadzkę wykopała całą z głodu i ryczy… Chłopiec skorzystał z jej nieuwagi, schował się do trumny kredą obrysowawszy ją według rady staruszka. A strzyga latała zgłodniała niszcząc wszystko. Kiedy nadeszła jej godzina, wpadła do grobowca rodzinnego. Widząc, że wszystkie trumny są zajęte, zaczęła je liczyć w poszukiwaniu swojej:

− Raz, dwa, trzy… O rety! Co ja teraz zrobię??? Moja trumna została zajęta!

Zaczęła płakać żałośnie, lamentować głosem ludzkim, niepodobnym do poprzedniego:

− Człowieku złoty! Proszę cię, błagam, wyjdź! Mój ojciec jest królem, da ci wszystko, czego zapragniesz, nawet koronę. Tylko wyjdź!

Zaczęła biegać naokoło trumny, a chłopak siedział cichutko, choć mu żal jej było. Naraz coś runęło na ziemię, a potem wszystko ucichło. Młodzian uchylił wieko trumny i zobaczył leżącą na podłodze piękną szesnastoletnią dziewczynę. Wziął ją na ręce, bo była omdlała, a taka ładna, że aż jaśniało od niej. I tak oboje w grobowcu ze zmęczenia zasnęli. Obudziły ich dopiero głosy ludzi, którzy weszli do kościoła, a potem zajrzeli do grobowca. Kiedy ujrzeli piękną parę, od razu powiedli ją do króla. Ten obdarował biednego chłopca koroną i ręką swej córki. Wyprawiono wielkie wesele, a chorągwie powiewały radośnie. Bo wędrowiec ocalił nie tylko mieszkańców miasta, ale i młodą królewnę.

Bajka zapisana w 1955 roku przez Aldonę Paczkowską z Włocławka.