O biednym Józiu

W małej wiosce, nad brzegiem rwącego potoku, w jednym gospodarstwie pracował Józio jako pastuch. Razu pewnego przyszedł doń gospodarz i powiada:

− Słuchaj, Józiu, ty już pracować u mnie nie będziesz. Już jesteś dorosły i czas ci jest byś założył własne ognisko domowe. Masz tu zapłatę za twoje dwadzieścia lat służby i ruszaj w świat, a twoje miejsce zajmie mój syn!

− Ano, dobrze − odrzekł Józio − choć nie mam dużego majątku, ale pójdę!

Następnego dnia ruszył w świat. Szedł już kilka godzin, więc przysiadł za krzakiem i zjadł nieco sera i chleba, a odpocząwszy trochę, ruszył dalej.

Szedł tak sobie i szedł, aż zobaczył rozległe jezioro rozciągające się przed nim, a przy brzegu samotnego rybaka, który łowił ryby. Tak mu te ryby brały, że jedną po drugiej wyciągał z wody. Widząc to Józio zbliżył się do człowieka i rzekł:

− Ej, człowieku! Sprzedaj mi swoją wędkę, zapłacę ci za nią!

− E nieee, nie sprzedam ci!

− Oj sprzedaj! Ja tak lubię łapać ryby; dam ci za nią cały mój majątek, jaki zarobiłem w ciągu dwudziestu lat służby.

Człowiek spojrzał na niego spode łba, ale połakomiwszy się na pieniądze, wędkę mu sprzedał. Józio zaraz założył robaka i począł łowić ryby, lecz te jak gdyby na złość nie chciały się łowić. Józio obszedł już jezioro dokoła raz i drugi, a tu, jak ryby nie było na haczyku, tak nie ma. Na płacz mu się zbierało, ale nie śmiał, przecież był mężczyzną! Po raz wtóry spróbował szczęścia. Jeszcze raz więc zarzucił wędkę w wodę i jeszcze raz, czekał i czekał. Po chwili zaczął ciągnąć, ale o dziwo… wędka wygięła się jak pałąk, a z wody wynurzyło się piękne dziewczę! Widząc to Józio zląkł się, rzucił do ucieczki, lecz zaraz przystanął, bo dziewczyna rozkazała twardym głosem:

− Stój, chłopcze, bo zgubisz siebie i mnie, a posłuchaj co ci powiem. Otóż ja jestem księżniczką i ty musisz się teraz ze mną ożenić!

Zajęty rozmową Józio nie zauważył, że po jeziorze ni śladu nie zostało, za to w jego miejscu wyrósł warowny zamek.

− Widzisz, mój chłopcze, gdybyś ty mnie nie złowił, byłabym zaczarowana do końca świata, lecz teraz jestem wybawiona i musimy się pobrać.

− Hmm − mruknął Józio − kiedy taka wola twoja, to… możemy!

Toteż następnego dnia wyprawiono weselisko. Oj, hucznie tam się bawiono − wino się lało całymi beczkami.

Na początku taka zmiana życia Józiowi się podobała, lecz po jakimś czasie uprzykrzyło mu się wszystko i zapragnął tego, w czym się wychował. Chciał być prostym chłopem, a nie królem. Dowiedziawszy się, że w niedalekim dworze potrzebny jest stajenny do koni, chętnie się zgodził.

Kiedy przyjęto go do pracy, dziedzic spytał, czy mu nie potrzeba furmanki, by jego rzeczy przywieźć, a Józio rzekł:

− A nie jedną, a z dwieście, proszę jaśnie pana!

− Pewnie kpisz ze mnie, Józiu, przecież ja, chociaż mam dwór, to nie miałbym co kłaść na tyle furmanek!

Ale chcąc się zabawić i wyśmiać go, następnego dnia dał mu zamówione furmanki. Żona Józia widząc to zaczęła płakać i wyrzekać:

− Coś ty, zwariował, czego ci brak? Wszystko masz, czego zapragniesz − chcesz nas zmarnować? O ja nieszczęśliwa!

− Nie masz nic do gadania, ja chcę robić, a ty musisz mi towarzyszyć!

To rzekłszy, kazał ludziom ładować dobytek na dwieście wozów. Kiedy już zapełniono wszystkie, zajechano do dworu i dalej rozładowywać: do stodoły, do pałacu… A tyle było wszystkiego, że się nigdzie nie mieściło! Dziedzicowi i włodarzowi wszystko się podobało, ale najwięcej żona Józia. Więc zaczęli knuć plany, by Józia się pozbyć, a jego majątek i żonę zawłaszczyć. Włodarz rzekł:

− Panie dziedzicu, trzeba nadać Józiowi taką pracę, która będzie nie do wykonania. Jak zadania nie wypełni, to go zabijemy i wtedy żona jego będzie moją lub pana dziedzica!

− Dobrze − odrzekł dziedzic. − Hmmm, może tak: mamy dziesięciohektarowe jezioro, bardzo rybne. Każ mu je zaorać, a jak tego nie zrobi, to go zabijemy.

− Słuchaj, Józiu, jutro weźmiesz konie i pójdziesz zaorać jezioro, a pamiętaj − jak nie zaorzesz, to cię zabijem!

Poszedł Józio taki zmartwiony do żony, a żona spytała:

− Czemuś, Józuś, taki smutny?

− Ach, moja kochana, nic nie wiesz! Ci niegodziwcy kazali mi zaorać jezioro, a jak nie zdołam, to mnie zabiją. O ja nieszczęśliwy!

− A widzisz, Józinku! Prosiłam cię, żebyśmy tu nie przyjeżdżali, bo tu są źli ludzie. Ale ja cię kocham, więc się nie martw − ja ci pomogę! Jutro raniuteńko pójdziesz, skibą jezioro wokół zaorzesz, a potem puścisz konie same, to dalej będą robić, a ty sam sobie pośpisz!

Tak też Józio zrobił. Zaorał wodę wzdłuż brzegów i położył się spać. Jak długo spał, nie wiedział. Ale kiedy się przebudził, jeziora nie było, a konie czekały już na powrót do domu. Ucieszony, ochoczo ruszył do domu, gdzie czekała nań żona. Po drodze spotkał włodarza, powiedział, że pracę zadaną wykonał i czeka na następną. Włodarz nie dowierzał własnym uszom i oczom − ale prawda! Tam, gdzie przedtem stało jezioro, była teraz pulchna, czarna ziemia. Toteż czym prędzej pobiegł do dziedzica i z przejęciem zawołał:

− Jaśnie panie, jaśnie panie! Jeziora nie ma, mamy teraz szmat urodzajnej ziemi! Co za szczęście, co za szczęście! − powtarzał.

− Milcz! − warknął dziedzic. − Taki z ciebie bałwan, jak ten Józio! Wielki dochód mieliśmy z wody, a tu masz babo placek! − ten szelma ją zaorał. Masz mu kazać, włodarzu, żeby jutro odorał, bo inaczej zabiję!

− Dobrze, jaśnie panie, a żona jego nam się dostanie, co? − spytał włodarz sprytnie. Po czym poszedł do Józia i rzekł tonem rozkazującym:

Pan jest bardzo zły. Jak jutro jezioro nie będzie na swoim miejscu, to cię zabiję, więc lepiej się pośpiesz!

I znów Józio zmartwiony wrócił do domu, a żona znów wymawiała mu jego głupotę. Ale że go kochała, przyrzekła mu pomóc.

Następnego dnia Józio postąpił jak mu żona kazała i ponownie się udało! Włodarz się wielce zdziwił i szeptał do siebie, że to jakaś siła nieczysta musi mu pomagać. Kiedy tak potrząsał z niedowierzaniem głową, na ganku napotkał pana dziedzica:

− Jaśnie panie, to muszą być jakieś czary − wczoraj jezioro było zaorane, dziś jak lustro woda lśni, więc nie damy mu rady. Żona jego też zbyt jest dumna i piękna. Jedno mi dziwne, dlaczego ona wyszła za takiego biednego głupca! No, ale o tym potem. Trzeba, jaśnie panie, coś wymyślić, by się go pozbyć!

− Skoro wiemy, że z niego taki bohater, to już ja mu teraz dam zadanie − roześmiał się dziedzic. − Widzicie, włodarzu, te dwa kamienie-olbrzymy, które zdobią mój ganek?

− Jutro, włodarzu, każcie Józiowi z tych kamieni wyrzeźbić otwarty orzech włoski, a na dnie skorupy ziarenko tegoż orzecha, a gdy tego nie zrobi, to go zabijemy, a jego piękną żonę dostaniemy − jak nie ja, to ty!

Zatarłszy ręce, włodarz poszedł na poszukiwanie Józia. Zaraz go też spotkał, jak ten poił konie. Zadowolony przekazał mu więc polecenie od dziedzica.

Słysząc to Józio pobladł i rzecze:

− Panie rządco, przecież jam nie rzeźbiarz i tego nie wykonam!

− Trudno − odparł włodarz − jak nie wykonasz, to się pożegnasz z życiem i swą piękną żonką! A teraz idź się pożywić i odpocząć nieco, bo rzeźba ma być zrobiona na jutro.

Strapiony Józio, z przerażenia słaniając się na nogach, skierował swe kroki do domu.

Tam żona podbiegła do niego i rzecze:

− Cóże to ci, mój Józiku, zachorzałeś, albo co? Gadaj no, czemu się nawet nie przywitasz ze mną?

Lecz Józio lekko ją odsunął i rzekł:

− Czekaj no, i tak ty mi nic nie pomożesz. Będę musiał się z tobą rozstać i z mym życiem młodym. Och! Ja nieszczęśliwy! − zawołał, a łzy potoczyły się mu po policzkach.

Żonę Józia po raz pierwszy wstrząsnął gniew za to, że tak się znęcają nad jej mężem. Stanowczym głosem rzekła:

− Nie bój się nic, ja ci w twych trudach dopomogę. A nad wyzyskiwaczami przysięgam zemstę. Teraz mi powiedz, co oni ci takiego zadali?

− Ano kazali mi z kamieni wyrzeźbić orzech włoski, a ja przecież nie jestem rzeźbiarzem, bym takie coś mógł zrobić!

− Nie martw się, wszystko da się zrobić! Teraz zjedz trochę i odpocznij. Kiedy będziesz szedł do pracy, to pamiętaj − weź dłutko − a już ono wszystko za ciebie zrobi.

Następnego ranka, gdy wszystko jeszcze spało, Józio wyruszył do pracy. Smutny przyłożył dłutko do kamieni, a ono… samo zaczęło pracować! Nie upłynęła godzina, jak dwa wspaniałe orzechy włoskie ozdabiały wejście do dworu.

Kiedy rano dziedzic wstał, własnym oczom nie dowierzał − oto przed schodami znajdowały się otwarte łupiny orzecha, a na dnie ich ziarnka orzecha. Rzeźby ogromnie mu się spodobały; rządca nie mógł się powstrzymać od okrzyku podziwu i wykrzyknął:

− Ojej! Jakie to śliczne! A potem z ponurą miną rzekł do pana:

− Jaśnie panie, my go się tak nie pozbędziemy. Albo on sprzedał swoją duszę diabłu, albo jest wcielonym szatanem! Ale przecież ojciec jaśnie pana to pewnikiem w piekle jest… Niech pan mu każe jechać i rodzica stamtąd sprowadzić, a będę go śledzić, czy Józio tam pójdzie.

− Dobrze − odrzekł dziedzic − przecież on jest tak silnym we wszystkim, to i ojca z piekła wyrwie na pewno, a ja przy sposobności zobaczę, gdzie ono piekło się znajduje.

I nakazał Józiowi ojca z piekła wyszarpnąć.

Tymczasem żona Józia jęła go pocieszać, by się nie martwił, kara dla dziedzica i jego sługi jest już bliska. Następnie zaczęła czegoś szukać, a znalazłszy szpulkę nici powiedziała:

− Masz tu nici. Pamiętaj! Jednym końcem obwiąż się wpół, a szpulkę puść na ziemię. W miejscu, gdzie się nitka skończy − znajdziesz piekło. Tam też ojciec dziedzica chodzi w czwórkach, przemieniony w konia. Diabły ci go nie będą chcieli oddać, ponieważ konie są do pary, ale nie martw się − powiesz im, że za drzewem chowa się włodarz, co chętnie się zamieni na jaśnie pana i wtedy ojca wydadzą.

Jako żona radziła, tak też Józio zrobił. Obwiązał się nitką i szpulkę puścił na ziemię i wolno szedł za nią. Zdawało mu się też, że słyszy za sobą tętent, więc pomyślał, że to włodarz pewno go śledzi.

Nie wiedział Józio, jak długo szedł. Nagle nici się skończyły i stanął przed wrotami piekieł. W tym momencie rządca ukrył się za drzewami.

Józio zapukał we wrota, kulawy diabeł otworzył mu i spytał, czego chce. Józio na to:

− Ojca pana dziedzica!

− Nie możemy ci go dać, ponieważ nikogo nie mamy w zastępstwie. Chyba że sam się zamienisz, hihi!

− Nie, ja to nie, ale tamten człowiek, co za drzewem stoi chętnie się zamieni.

− Ach − rzekł diablik − to dobrze. Bierz tego starego grzyba, on i tak nie za długo tu do nas przyjdzie.

W tym momencie z piekła wyleciało dwóch diabłów i capnęli włodarza. Ten się bronił i szamotał, ale na próżno, bo tyle zła wyrządził ludziom na ziemi, że nie miał się kto za nim wstawić. Nawet święci pańscy go poniechali.

Zaś Józio wsadził starego dziedzica na konia i ruszyli do dworu. Młody pan, gdy go tylko ujrzał, dostał ataku serca i go diabli wzięli, starego niedługo potem też. Za to Józio z żoną zebrali swój dobytek i wrócili do zamku, gdzie bardzo długo w zgodzie i dobroci żyli, dochowując się potomstwa. A ziemie, które należały do nich, rozdali biednym ludziom. I wszyscy byli bardzo szczęśliwi!

Bajka zapisana w 1958 roku przez Feliksa Paczkowskiego z Włocławka, opowiedziana przez jego wuja Józefa Zimeckiego.